Geoblog.pl    malwa    Podróże    Ukraina - Krym 2008    Sudak - dzień drugi -> OPIS
Zwiń mapę
2008
06
wrz

Sudak - dzień drugi -> OPIS

 
Ukraina
Ukraina, Sudak
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 1876 km
 
Następnego dnia około 11-tej ruszyliśmy na małe randez - vous. Zaraz po wyjściu z naszej „zagrody" popstrykaliśmy parę fotek, żeby dobrze zapamiętać to miejsce:P (Kilka z nich wrzuciłam już ostatnio do galerii.) Tym razem szliśmy z nastawieniem na zwiedzanie, a nie na szukanie drogi nad morze, jak poprzedniego dnia:P, więc w odpowiednim momencie skręciliśmy w lewo:) Doszliśmy do ulicy Lenina, zahaczyliśmy o kantor, który mieścił się niedaleko jakiegoś, chyba, urzędu i to z czasów ZSRR, bo w oczy rzucał się symbol „ludowładztwa", czyli sierp i młot. Gdzieś w tych okolicach znalazł się też Skwer Lenina. Wyglądał, jak zwyczajny park, ale już z oddali widać było wszystkim znaną postawę Lenina. Ale i tak zatrzymaliśmy się, aby najpierw popstrykać sobie zdjęcia na tle akacjowców i tuji:) Lenin czekał na nas w tej samej postawie, jaką znamy ze zdjęć zamieszczonych w podręcznikach szkolnych i innych ogólnie dostępnych źródłach. Prawą rękę miał podniesioną do góry i stał na trzymetrowym podwyższeniu. I tu musieliśmy pobawić się aparatem:P Wychodząc z parku, zauważyliśmy, że na murku otaczającym skwer siedzi kilku dziadków sprzedających ZSRR-owskie pamiątki, tzn. monety, medale, mundury, kałachy:P itp. Kilkadziesiąt metrów dalej zauważyliśmy sklep oferujący armaturę sanitarną polskiej firmy. Bardzo nas ucieszyło, że polskie produkty na wschodzie mają taki zbyt:) Innym przykładem polskich usług jest Kredo Bank ->"КРЕДОБАНК" PKO B.P. GROUP, czyli ukraiński odpowiednik naszego PKO B.P. S.A.:) Kolejny przystanek zaliczyliśmy w sklepie spożywczym. Nie kupowaliśmy tam niczego do jedzenia, bo wcześniej zaopatrzyliśmy się w bułki krymskie (to nie jest oryginalna nazwa, ale nie mogłam nigdzie znaleźć prawidłowego nazewnictwa) i wędzone warkocze żółtego sera, który smakował troszkę, jak nasze zakopiańskie oscypki (pewnie się mylę, bo ostatnio oscypki jadłam jakieś 8 lat temu, a poza tym mam czasem problem z rozpoznawaniem smaków:P). Zakupiliśmy piwa:) Oczywiście to samo, co ostatnio... sprawdzone i smaczne:) Tak zaopatrzeni powędrowaliśmy w kierunku plaży, w odpowiednim momencie zmieniając kierunek na Twierdzę Genueńską. Ludzie po ulicy chodzili dziwnie ubrani lub dziwnie rozebrani, ale nie ma się czemu dziwić - temperatura dawała popalić! Tym razem cykaliśmy sobie fotki na tle akacji, prawdziwej akacji, która w Polsce nie rośnie! Droga zaczynała powoli piąć się ku górze, ale nie odczuwaliśmy zmęczenia. Zeszliśmy z chodnika na ścieżkę prowadzącą na górkę pod kątem 60º:) Na szczycie stały 3 krzyże i 2 turystów. Poprosiliśmy o zrobienie nam zdjęć naszym super rosyjskim i tak o to zdanie rozpoczęło się tak: „Dziękuję, czy może pani zrobić nam zdjęcie?". Kobietka lekko się uśmiała, poprawiła i zrobiła nam fotkę:) Pobiegaliśmy jeszcze po stromych skałkach, ale bez głupot, bo ciągle popijaliśmy piwko i nie chcieliśmy, żeby zdarzył nam się jakiś wypadek, tym bardziej, że nie byliśmy ubezpieczeni i słono zapłacilibyśmy za usługi medyczne! Zresztą nawet nie wiem, czy chciałabym korzystać z takich usług, jeśli już widziałam, jak wyglądają ukraińskie karetki:P Do twierdzy brakowało nam jakieś kilkaset metrów, kiedy spotkała nas kolejna miła niespodzianka. Tym razem była to reklama Sobieskiego. Polski trunek musi robić na Ukrainie furorę, tym bardziej, że owa reklama stała zaledwie kilka metrów od billboardu jakiegoś wschodniego specjału! Pod murami twierdzy zlokalizowany był mały targ, na którym można było się zaopatrzyć w pamiątki. Było w czym wybierać, a mi w udziale przypadł naszyjnik z muszelek:) Wstęp na twierdzę był płatny, jak się spodziewaliśmy, ale nie tak tani, jak się spodziewaliśmy! Płaciliśmy po 20 hrywien za wstęp, a w przewodniku było napisane, że wejście kosztuje 5 UAH. Tak czy siak byliśmy przygotowani na to, że jeśli chodzi o ceny, to mogą być w przewodniku pewne przekłamania. Teren twierdzy jak się okazało to kilkuhektarowe pole, ogrodzone około dwukilometrowym murem, na którym znajdowało się kilka atrakcji. Zaraz po wejściu przywitało nas jeszcze kilka straganów z pamiątkami, z których nic nie wybraliśmy i pokuszę się nawet o stwierdzenie, że ominęliśmy je szerokim łukiem. Okazało się, że na terenie twierdzy trwają prace renowacyjne od blisko 50-ciu lat, ale niestety gdzie nie gdzie w ogóle nie widać było jakiegokolwiek postępu. Kolejną super pseudo atrakcją były tarcze do postrzelania z łuku, czyli coś, co znajdziemy w Polsce na każdej mniejszej lub większej karuzeli, a nieraz nawet w cyrku. Też ominęliśmy to szerokim łukiem. Zaciekawiła nas pewna budowla i z tego, co było napisane na tabliczce i co zrozumieliśmy, wynikało, że jest to coś w rodzaju cysterny, w której kiedyś przechowywano (?) wodę. Krajobraz widziany z murów twierdzy był co krok inny. Najpierw w oddali na zboczach gór widoczne były wielkoobszarowe winnice, następnie widok na pobliskie osiedla mieszkaniowe, hotele, a na końcu widać było morze, morze , morze i... morze. Zdjęć zrobiliśmy co niemiara, czy w plenerze, czy w muzeum gdzieś na trasie naszego zwiedzania. Dla mnie największą atrakcją był chyba wielbłąd, którego widziałam wcześniej z oddali i do którego podeszłam później, nieco z przestrachem, na wyciągnięcie ręki. Myślę, że nie ma sensu opowiadać jakoś bardziej szczegółowo o wyglądzie Twierdzy Genueńskiej, niektóre miejsca w jej obrębie były zachwycające, inne mniej, ale można o niej po prostu poczytać w byle jakim przewodniku lub w internecie. Mnie osobiście urzekło to miejsce przede wszystkim przez wzgląd na naprawdę przecudne widoczki i wspomnianego wcześniej wielbłąda:) Gdzieś już u kresu naszego pobytu w murach twierdzy zobaczyliśmy krętą drogę. Radek bardzo chciał iść sobie po niej pochodzić (czy coś...), ale nie widząc w tym sensu, kategorycznie odmówiłam, nie zdając sobie sprawy jak szybko przyjdzie mi oglądać ową drogę ponownie i z o wiele bliższej perspektywy. Po zwiedzaniu przyszedł czas na pierwszą kąpiel w morzu i powiem wam, że temperatura Morza Czarnego nawet filozofom się nie śniła. Woda była tak rozkosznie ciepła, że nie chciało się z niej wychodzić:) Plażowaliśmy do wieczorka i zwiedzaliśmy dogłębnie stragany. Ponownie mieliśmy do czynienia z polskim językiem i bynajmniej nie w ustach człowieka... Na jednej z lodówek, w której sprzedawcy chłodzili swoje ruskie napoje była piękna reklama soków Tymbark:) z hasłem reklamowym: "Poczuj orzeźwienie". Rozbroiło nas to i zastanawialiśmy się, czy Ukraińcy wiedzą co tam jest napisane. Przeszliśmy się jeszcze do odpowiednika polskiej sieci samów „Lux" po jedzonko, karmę dla małego bezdomnego kotka (tych sierotek było tam bez liku) i winko. Gadaliśmy sobie właśnie w naszym ojczystym języku, kiedy ni stąd ni zowąd odwrócił się ku nam jakiś facet, jak się okazało Polak i powiedział nam o kilku ciekawych miejscach, które na Krymie warto odwiedzić, m.in. Koktebel. Kiedy kupowaliśmy winko, Talizman, sprzedawczyni kulturalnie spytała nas, czy życzymy sobie, żeby nam je odkorkowała i oczywiście się zgodziliśmy, bo nie wiedzieliśmy, czy nasza babuszka jest w posiadaniu korkociągu. W drodze powrotnej do naszej kwatery, nakarmiliśmy kotka i pilnowaliśmy przez chwilkę, czy jakiś pies go nie obje:P Po powrocie zamieniliśmy kilka sympatycznych zdań z naszą gospodynią i wzięliśmy się za Talizman. To było najznakomitsze winko, jakie oboje dotychczas piliśmy. Rozkoszując się wyśmienitym bukietem ukraińskiego wina, zakończyliśmy dzień...
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
malwa
M. K.
zwiedziła 1% świata (2 państwa)
Zasoby: 17 wpisów17 0 komentarzy0 0 zdjęć0 0 plików multimedialnych0
 
Moje podróże
01.09.2008 - 07.09.2008