Geoblog.pl    malwa    Podróże    Ukraina - Krym 2008    Lwów i dłuuuga podróż pociągiem... -> OPIS
Zwiń mapę
2008
04
wrz

Lwów i dłuuuga podróż pociągiem... -> OPIS

 
Ukraina
Ukraina, Lwów
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 578 km
 
Marszrutka zawiozłaby nas praktycznie pod sam budynek dworca kolejowego we Lwowie, tylko że my, głupole, wysiedliśmy przystanek wcześniej. Budynek dworca zrobił na nas niemałe wrażenie. Powiem wprost: takiego dworca w Polsce nie znajdziecie -> marmury, w poczekalni, jak na sali balowej, kasy całodobowe... Wymieniać możnaby bez końca... Absolutny SZOK!! (szczególnie w porównaniu z ich drogami:P). Na dworcu długo nie zabawiliśmy. Bagaże zostawiliśmy w przechowalni i poszliśmy na rynek szukać siedziby naszego pośrednika w kupnie biletów na Krym. Droga była dosyć długa, ale warto było iść piechotą. Po drodze kupiliśmy w kiosku, u pani mówiącej po Polsku, plan miasta, z którego nie skorzystliśmy:P Widzieliśmy mnóstwo starych kamienic, kościół z drewnianymi rusztowaniami (też zrobił na nas wrażenie, ale potem widzieliśmy w Toruniu coś podobnego i szok przeminął:P) oraz cyrk postawiony na stałe w betonowym budynku, a nie tak jak u nas w wielkich namiotach i to od czasu do czasu:P Rynek, to na prawdę ładne miejsce. Stoi tam duży pomnik, wyglądający jak jakiś kieł lub coś w tym rodzaju. Ale nie umiem powiedzieć, co to było na prawdę, gdyż, jak wspomniałam wcześniej, nie panimaju pa ruski:P Przechodziliśmy pomiędzy kamienicami, mijaliśmy wąskie uliczki... Zaczepiła nas pewna pani, oferowała nam pokój za 30 hrywien, ale nie zgodziliśmy się, gdyż mieliśmy lepszą atrakcję na oku, ale o tym później (nutka tajemnicy:P). W końcu znaleźliśmy mieszkanie naszego pośrednika, mieszkanie ma w podwórzu, ale o ile dobrze pamiętam numeracja była chyba jakaś poprzekręcana i dopytywaliśmy ludzi siedzących pod swoimi domami. Zostaliśmy wpuszczeni do domu, pośrednik mówił po polsku i szybko się z nim dogadaliśmy. Oczywiście bilety były zamówione już wcześniej przez internet (www.lwow.info). Kiedy już załatwiliśmy sprawy obowiązkowe poszliśmy się przejść po mieście. Dużym zaskoczeniem dla nas był wielki tłum ludzi pijących piwka pod ratuszem i co za tym idzie brak jakichkolwiek rozrób!! Wszyscy pili sobie w ogródkach piwnych, na trawie i to z pełną kulturą. Było już dawno po zmierzch, a na ulicach spacerowało pełno ludzi, pijących i nie... Zawitaliśmy w pewnej restauracji i zamówiliśmy coś do zjedzenia oraz nasze pierwsze ukraińskie piwko, Obołoń (ukr. Оболонь), do którego zdarzało nam się wracać również na Krymie. Później zrobiliśmy sobie jeszcze spacer w okół rynku, szukaliśmy kantoru aby wymienić część dolarów na hrywny, i wróciliśmy na dworzec. Kupiliśmy napój i od razu przestrzegam przed kupowaniem czegokolwiek na dworcu, ceny wyższe lub nawet całkiem polskie:P Pochodziliśmy troszkę po dworcu. Niestety okazało się, że poczekalnia dla vip-ów, jest płatna 3 UAH (1,5 PLN) za godzinę od osoby i zrezygnowaliśmy. Po północy poszliśmy do poczekalni dla wszystkich. Bezdomnych praktynie nie było widać, bo milicja co jakiś czas ich przeganiała. W ten oto sposób minęła nam jakże spokojna noc na dworcu:P A następnego dnia...

Noc na dworcowej poczekalni przebiegała bez większych "zgrzytów". Tylko kilka zabawnych sytuacji zakłóciło nam spokój, ale mamy dzięki temu co powspominać:) Jednym ze "zgrzytów" był człowieczek krasnoludek... Kicał, podskakiwał, miał nawet dłuuugą brodę i wąsy koloru (brudnego?) rudego i pieprzył coś pod nosem, tylko jakimś dziwnym trafem nie miał przy sobie kilofa i worka z klejnotami:P Inną dworcową atrakcją była bezdomna (najprawdopodobniej) staruszka siedząca między podróżnymi. Jakoś tak się zdarzyło, że jej sąsiedzi z siedzeń obok starali się jak najdalej odsunąć od niej, szczególnie kiedy zdjeła buty... I ostatni przypadek... Facet - chodząca gruźlica, biedak strasznie kaszlał i naprawdę przestraszyliśmy się, że mógł nosić jakieś straszne choróbsko! Usiadł koło nas, ale na szczęście szybko się zmył, bo w przeciwnym wypadku chyba bylibyśmy zmuszeni do zmiany miejsca, którego aż tak wiele nie zostało, choć w poczekalni było mnóstwo miejsc, ale już zajętych. Nie narzekamy na te "atrakcje", były one dla nas nieszkodliwe lub nawet zabawne, choć dla wielu wydałyby się obrzydliwe i pewnie niektórym już nas żal, że przeżyliśmy takie straszne przygody:P Pobudkę zrobiliśmy sobie kilka minut przed 6.00. Pierwszym i największym pragnieniem tego dnia była kąpiel. Ale znaleźć prysznic na dworcu w kraju, którego języka praktycznie się nie zna, graniczy z cudem:P Znalezienie kabiny prysznicowej zajęło nam chyba prawie godzinę. Ja czekałam z torbami, a Radek biegał po dworcu i szukał:) Jak się okazało prysznic znajdował się na ostatnim piętrze budynku dworca, gdzie wejcie do korytarza prowadzącego na górę znajdowało się gdzieś na zewnątrz... Albo w jeszcze innym holu były schody, ale przejście nimi nie było dozwolone... Prysznic, czyli [dusz], kosztował 10 UAH (5 zł) za osobę i była to chyba najbardziej zbawienna rzecz na dworcu:D Kiedy już się umyliśmy, poszliśmy na targ nieopodal dworca. Prawdę powiedziawszy poszliśmy szukać chleba:) Mijaliśmy po drodze kilka sklepików (z iście polskimi cenami:P), dworzec marszrutek i główną ulicę prowadzącą w stronę [Polszy]. Targ był dla nas szokiem kulturowym i... sanepidowskim!!! Przechodziliśmy pomiędzy budkami, oferującymi różne jedzonka, typu "ruskie" Lays'y, albo serki topione Hochland. Na końcu doszliśmy do hali, w której masowo sprzedawane było mięso pod różną postacią. W sumie nie byłoby nic w tym dziwnego (i zarazem przerażającego:P), gdyby nie fakt, że chyba żadna lodówka nie była podłączona do prądu, a wręcz mięso (wątróbki, kiełbasy itp.) były wyłożone na półmiskach i talerzach na owych lodówkach i nierzadko było obsiedzone przez muchy (czy coś więcej? - nie wiem, nie sprawdzałam:P). Uciekliśmy stamtąd jak najszybciej i więcej nas nie widzieli:) Kiedy wróciliśmy na dworzec, do pociągu zostało nam około godziny czasu. Poszukaliśmy naszego peronu, który znowóż nie był tak schowany przed światem (jak prysznic, czy peron 9A w Poznaniu Gł.:P) Dzielnie czekaliśmy na podstawienie pociągu w doborowym towarzystwie (patrz. Galeria). Naszą uwagę przyciągnęły tory o około 10 cm szersze od naszych oraz brzydkie i masywne lokomotywy. Kiedy wsiadaliśmy do pociągu powitał nas [prowadnik], czyli taki jakby nasz konduktor przypadający na wagon. Zajęliśmy nasze miejsca, a po odjeździe [prowadnik] zabrał nasze bilety, aby przed stacją końcową przyjść nas powiadomić, że już czas na nas:) Przyniósł nam też czystą pościel prosto z pralni, zapakowaną w firmową paczkę ukraińskich kolei. W podróży towarzyszył nam pewien facet, który opuścił nas po 5 godz. jazdy. Zajadał się on suszonymi kalmarami i popijał je piwem:P Niedaleko od nas siedziała jakaś rodzinka, która dużą część czasu w pociągu piła wódę! Kiedy opóścił nas nasz wsþółtowarzysz podróży, jego miejsce i pozostałe wolne miejsca zostały zajęte przez jakąś kolonię lub wycieczkę szkolną. Oczywiście i tu atrakcji nie zabrakło. Kiedy raczyliśmy się niesamowicie schłodzonym piwkiem w niesamowicie schłodzonym wagonie restauracyjnym, dzieciaki otworzyły okno, które teoretycznie otworzyć się nie powinno. Okazało się jednak, że nie dało się go zamknąć. Noc nadeszła chłodna, ale mieliśmy śpiwory, więc było nam ciepło. Dzieciaki jednak spały pod samymi poszewkami i w kurtkach. Co do samego pociągu, to jechaliśmy wagonem klasy plackarta, tzn. jeden wagon, to jeden wielki przedział. Mieściło się w nim ponad 50 osób. Jest to chyba najgorasza, ale zarazem najtańsza klasa w ukraińskich kolejach (bilet, gdyby nie pomoc pośrednika, kosztowałby około 35 zł, czyli taniej niż z Warszawy do Przemyśla ulgowy!!!). Przez całe 24 godz., które trwała podróż, tylko jedna toaleta była otwara. Wzdłóż torów naszym oczom zazwyczaj ukazywały się lasy lub po prostu pas drzew, za którymi były pola. Od czasu do czasu mijaliśmy wioski, w których drogi wcale nie były takie złe jak je piszą, ich tam po prostu nie było. Jako ciekawostkę można uznać, że na każdej większej stacji czekał na pociąg mały tłum "babuszek" sprzedających jedzonko. Zaopatrzyliśmy się w pyszne pierogi, drożdżówki oraz lody śmietankowe:D Prawdę powiedziawszy podróż strasznie nam się dłużyła i postanowiliśmy, że więcej bez naszych kochanych znajomych nie jedziemy w tak daleką podróż (około 1500 km). Nawet nie wiem, co robiliśmy przez większość czasu w pociągu... Jednak opłaciło się to przeżyć, gdyż wreszczcie dotarliśmy na upragniony Krym, do Symferopola...
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
malwa
M. K.
zwiedziła 1% świata (2 państwa)
Zasoby: 17 wpisów17 0 komentarzy0 0 zdjęć0 0 plików multimedialnych0
 
Moje podróże
01.09.2008 - 07.09.2008